Magnetyczna górka

Magnetyczna górka

Cała dziwna historia górki zaczęła się stosunkowo niedawno, bo w 1991 roku.
Jadący drogą na Rutwicę turysta z Warszawy zatrzymał się na krótki odpoczynek u stóp wzniesienia. Pił wodę mineralną, kiedy nagle butelka wypadła mu z ręki. Zapewne musiał mieć bardzo dziwną minę kiedy dostrzegł, że zarówno butelka, jak i rozlana woda zaczęły wbrew wszelkim prawom fizyki - poruszać się w górę wzniesienia. Swój eksperyment z butelką turysta powtórzył kilkakrotnie, po czym wrzucił luz w samochodzie i stwierdził, że jego auto jedzie pod górę! Zafascynowany swoim odkryciem zgłosił je do kilku instytucji.

Pracowałem wówczas jako główny geolog wojewódzki wspomina Stanisław Chuchro. Przeprowadziliśmy pomiary i okazało się, że od zagięcia jezdni na wysokości leśnego parkingu do przegubu drogi różnica poziomów wynosi 34 centymetry, czyli że jest tam ewidentny spadek drogi w kierunku od Strączna do Rutwicy. To nie żadne złudzenie optyczne, jak się nieraz o tym mówi. Aby wytłumaczyć zjawisko skontaktowałem się z prof. Lubiczem z Polskiej Akademii Atomistyki. Najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem wydaje się to, że pod drogą znajduje się wodonośna warstwa o bystrym przepływie, która wydziela promieniowanie. Każda woda na skutek reakcji cząsteczek atomowych wspomaganych przez ruch wydziela promieniowanie. W tym wypadku musi być ono na tyle silne, że występują takie anomalie.
Podobne miejsca jak za Strącznem znajdują się również Bieszczadach i pod Elblągiem.
Tamte jednak zostały precyzyjnie zmierzone i przebadane.

Oprócz dziwnego zachowywania się przedmiotów, górka obrosła legendą jako miejsce innych dziwnych zdarzeń.
Niektórzy odwiedzający ją turyści opowiadają o raptownej utracie przytomności, inni skarżą się na silne bóle głowy, a u jeszcze innych wszelkie dolegliwości, z którymi przyjechali pod Strączno - ustępują jak ręką odjął.
Najciekawszą chyba przygodę przeżył jeden ze znanych mieszkańców powiatu.
Pomimo, że ma świadków tego zdarzenia, prosił o niepodawanie jego nazwiska. Było to bodaj 4 lata temu - opowiada. Gościłem szefów zagranicznej firmy turystycznej, którym obiecałem pokazać górkę. Pojechaliśmy w cztery osoby: ja, z żoną oraz dyrektor firmy ze swoim zastępcą. Ponieważ było ciemno, wysiadłem na szczycie wzniesienia i zapaliłem papierosa, aby jego żar był dla nich punktem odniesienia. Oni zjechali na dół.
Nie mam pojęcia, co się ze mną dalej działo. Odnaleźli mnie siedzącego pod drzewem po około 40 minutach z przeciwnej strony drogi niż powinienem być. Zauważyli mnie dzięki żarowi z papierosa, który ciągle się tlił pomimo upływu tak długiego czasu.
Najdziwniejsze jednak było to, że cały byłem przesiąknięty zapachem ryb, co wszyscy wyraźnie czuli i którego nie mogłem się mimo wielu prób pozbyć przez dłuższy czas.
Powiem szczerze, że nie znajduję logicznego wytłumaczenia tej historii.
Równie niesamowitą przygodę przeżył mieszkaniec jednej z okolicznych wiosek, który wracał z grzybów rowerem. Według jego relacji zjeżdżał z góry, a właściwie wspinał się jak pod bardzo stromą skarpę, kiedy zupełnie niespodziewanie dostrzegł pędzący na niego z ogromną prędkością samochód. Nie zdołał nawet wykonać jakiegokolwiek ruchu kierownicą roweru, kiedy samochód przejechał przez niego, choć trafniejsze byłoby określenie, że to on przejechał przez samochód. Podmuch przewrócił go na asfalt, ale poza drobnymi stłuczeniami nie odniósł większych obrażeń.



Wybrane zdjęcia